Nauczycielom

Długo zbierałam się, by napisać o tym, jak trafił na mnie masaż. Jak to się stało, że droga z nim ułożyła się w taki, a nie inny sposób i jacy nauczyciele wyznaczyli jej kierunek. Długo, bo nie jest to historia prosta i oczywista. Ma swoje zakola i zakamarki, zaczynała się wiele razy, a Ci najpiękniejsi nauczyciele pozwalający zrozumieć, czym to wszystko jest często nie wykonali nigdy ani jednego treatmentu. Przyszedł dzień, w którym zaakceptowałam, że ta historia właśnie taka jest, jest o tym, że czasem jedno zdanie pozwala twojej duszy wzrosnąć wyżej niż lata nauki.
Pierwszy, choć na długie lata zapomniany, początek ma w Gdańskim tramwaju na wysokości szkoły baletowej, w której to jako bardzo mała dziewczynka uczyłam się tańczyć. Pamiętam ten strach i niepewność, który był obecny w moim ciele, gdy przez dobrych parę przystanków zbierałam się, by powiedzieć mojej mamie tą jakże ważką wieść. Obwieścić moją pewność, że masaż będzie tym, czym zajmować się chcę w życiu. Mam wtedy 14 lat jest to czas w którym powoli należało kierować swoją uwagę na tematy tzw. przyszłości, wyboru szkoły i drogi zawodowej. Moja wiadomość niestety nie wywołuje entuzjazmu, a z ust mojej matki wydobywają się wówczas słowa „dotykanie obcych ludzi jest obrzydliwe”. Dopiero wiele lat później, można by rzec przypadkiem dowiaduję się jak duża trauma kryje się za takim spojrzeniem na świat. Na ówczesny moment obiecuję sama przed sobą, że perspektywa mojej mamy nie jest ważna i” i tak dopnę swego”. Następne lata toczą się jednak w sposób pozwalający mi później zrozumieć, że fakt, że niektóre rodziny wybierają drogę swoim dzieciom nie ma najmniejszego związku z logiką, próba zabezpieczenia i chęcią zapewnienia dobrobytu, kryją się za tym zupełnie inne pobudki. Powiedzieć, by można, że jestem z takiej rodziny lekarzy czy prawników, którzy nie wyobrażali sobie dla mnie innej drogi niż bycie owym lekarzem, czy prawnikiem. Z tym jednym absurdem, że tutaj chodziło o bycie artystom. Tak więc rozwój mój dalej dyktowany był rozbudzaniem wrażliwości z zakresu sztuk wizualnych. Krnąbrna byłam w tym i niepokorna, bo mimo że w ówczesnym czasie nie pamiętałam złożonej przed sobą obietnicy nieustannie ciągnęło mnie do eksploracji ciała, sztuk performatywnych, tańca i seksualności. Gustowałam więc i uprawiałam sztuki te najbardziej brutalne, nieprzyzwoite, sztuką nienazywane i wyklęte. I tu pokłon składam moim pierwszym nauczycielom Hubertowi Bilewiczowi i Małgorzacie Jarockiej, którzy budowali moją wiedzę i świadomość istnienia i przyzwolenia na ciało w kulturach wielu i epokach różnych, jak również przyzwalali i zachęcali do eksploracji tematu w przestrzeni własnych poszukiwań.

Gdy wyjechałam na studia pierwszy raz pojawiła się w moim życiu Tantra i sex coachowie. Warszawa okazała się cudownym miejscem eksploracji tych przestrzeni w tzw. po godzinach, choć wciąż z pewnym wyrzutem sumienia mówiącym, że historykowi sztuki takie tematy potrzebne nie są i winnam w tym czasie studiować festony i kwiatony, a nie punkt G. Był to cudowny czas doświadczania głębi obecności i seksualności z Zosią i Dawidem Rzepeckimi, Piotrem Jor Grabowskim. Otwierania się na świadomość, że utajanie seksualności nie musi być wcale najwyższą formą prawdy z Karo Akabal i Agatą Loewe. Doświadczanie plemiennej, uwspólnotowionej przyjemności grupowej kobiecej ejakulacji u Deborah Sundahl, warsztat z nią był jednym z bardziej transformujących doświadczeń, gdy przeżywanie przyjemności przestaje być wstydem, a zaczyna być wspólną rodzinną radością, chwałom, sukcesem. Był to też czas pierwszych przymiarek ciała do jogi. Wówczas ciała jeszcze bardzo pokaleczonego, znieruchomiałego, niezdolnego do ruchu. Dużo lat jeszcze minęło, zanim na drodze mojej stanęła Kamila Świąder, pod której okiem zrozumiałam, że joga nie jest o tresowaniu ciała a o ukochaniu go, o zrozumieniu jego granic i zaakceptowaniu ich. I o dziwo jak się okazało to właśnie pozwoliło mu coraz to bardziej i bardziej te granice przesuwać stając się coraz sprawniejsze. O ciele, ruchu, tańcu, jego naturalnych formach wyrażania się czerpałam też ze źródeł Tatiany Kamienieckiej, jej wszechstronność nieustannie zadziwia mnie do dnia dzisiejszego.

Wszystkie te cudowne doświadczenia i ludzie nie byli w stanie utrzymać mnie na powierzchni, gdy alkohol, narkotyki, inne używki i ogólny rozpierdol doprowadziły mnie na jeden z Warszawskich mostów, na którym to nurt Wisły stał się bardziej atrakcyjny niż próba spędzenia następnych lat w ciągłym bólu, ucieczce i pragnieniu śmierci alternatywą zdawał się tylko klasztor. Tak pierwszy raz trawiłam na kurs Vipassany nauczanej przez S. N. Goenka, która do dnia dzisiejszego oddaliła chęć śmierci, wprowadziła radość i stała się moją główną, regularną praktyką. Podstawą i korzeniem dla wszelkich innych technik.

Gdy ta radość i delikatność życia zaczęła się gruntować pojawiła się przestrzeń na tzw. część właściwą mojej nauki. Czyli moment, w którym rozpoczynam dwuletnie studium masażu na kierunku technik masażysta z elementami fizjoterapii, który to zresztą udaje mi się skończyć. Zaczyna się to jednak całkiem niewinnie wtedy nie myślę jeszcze wcale o zmianie zawodu, nie podejrzewam nawet jak wielka zmiana wydarzy się w moim życiu dzięki odwadze, by spełnić to dziwne małe marzenie, tę zachciankę, która tak często wraca i wraca do mojej głowy. Wówczas to raczej chcę, by masaż służył mi jako technika, z której korzystać będę podczas działań performatywnych. Bardzo szybko okazuje się jednak jak wielki i fascynujący świat buduje temat świadomej pracy z ciałem i jak wiele lęków moich pochowanych jest w temacie dotyku i byciu w relacji i otwartości na drugiego człowieka. Nauka masażu orientalnego zaczyna się od Lomi Lomi Nui u Karoliny Leguckiej, której słowa „Nie mogę się na Ciebie napatrzeć, bo gdy masujesz wyglądasz jakbyś urodziła się, by to robić.” dają wystarczająco dużo sił, by stawać w szramki z niezliczoną ilością lęków i jeździć do innych nauczycieli. Potem znów Lomi tym razem u Juliana Roka potem masaż Tajski pod okiem Charothorn Krongboon. Całościowy nauczany stylem Wat Pho, akupresura stup, dłoni, twarzy, masaż ziołowymi stemplami. Potem Kinezjologia u Doroty Kalwajtis, energetyczny Dotyk Motyla u Marty Targońskiej, Bańki Chińskie w kontekście pracy z meridianami u Magdaleny Sroki. I od tego momentu zaczyna się studiowanie wszystkich dostępnych książek i wykładów związanych z medycyną chińską i tak w szale chińszczyzny trafiam do Bartosza Bobkowskiego uczyć się Abhyangi i pochodnych. Pierwszy raz doświadczać granic swojego ciała i zarażać się bakcylem do Ajurwedy. Hinduski system opisu rzeczywistości powoli wchodzi mi w krew wypierając chińszczyznę, jest po prostu bardziej mój, bardziej intuicyjny, naturalny. I tak trwa studium jedzenia, ziół i życia jako sposobu wspierania swojego zdrowia, szczęścia i rozwoju.

W tak zwanym międzyczasie pojawia się Piotr to jeden z tych dziwniejszych nauczycieli, który ukazuje mi latami skrywaną przed samą sobą prawdę. Dzieje się tak przez to, że po prostu jest. Po trzech dniach spędzonych z tym cudownym człowiekiem zmuszona jestem stanąć przed sobą w prawdzie i wybaczyć sobie, że ten zupełnie obcy mi człowiek umie zatroszczyć się o mnie lepiej niż ja sama o siebie przez całe swoje życie. Doświadczenie tego wnosi kolosalną zmianę perspektywy, dzięki czemu wciągnięta zostaję w rwącą rzekę rozwoju a w niej hektolitry wiedzy o medycynie wszelkich zakątków świata, o wszystkich alternatywnych sposobach terapii, bioenergetyce, bioenergoterapii, astrologii, chiromancji, aromaterapii, human designie, tresurze matrixa, fizyce kwantowej, dźwięku, myśli, afirmacji, ziołolecznictwie, esencjach kwiatowych, naukach Saint Germaina czy Eckharta Tolle, wybaczeniu i akceptacji. W końcu trafiam też na roczne szkolenie masażu Tantrycznego do Johna Hawkena i Frayi. Tam na dobre zyskuję zaufanie do energii i przestaje czuć potrzebę, by tłumaczyć ją na pojęcia zaakceptowane przez zachodni system.

W związku ze śmiechem, jaki u wielu ludzi budzi temat analny czy masaży tantrycznych lubię o tym mówić w sposób żartobliwie wulgarny, tak więc też zrobię i powiem, że gdy John wsadził mi palec w tyłek po pierwsze poczułam, że całe życie na to czekałam. Po drugie, że nigdy wcześniej nie czułam choćby namiastki tej pewności, że mam prawo tu być, że ten świat jest dla mnie, że jestem ok i nic nie muszę ukrywać. Po trzecie, doszło do mnie jak wiele bólu tego świata ma związek właśnie z brakiem tego podstawowego przeświadczenia, że po prostu jesteśmy ok i mamy prawo być tutaj dokładnie tacy, jacy jesteśmy, bardzo wyraźnie doszło do mnie wówczas, że prawie każdy mieszkaniec tej planety powinien mieć w dupę wsadzony palec pełen miłości i akceptacji całości jego istnienia z odbytem włącznie. Był to też moment, w którym zaakceptowałam, że tak bardzo ufam tej metodzie i tak wielkie korzyści w niej widzę, że będę to robić. Tak zaczęła się przygoda z szamanizmem i tantrą. Z egzorcyzmami, uzdrowieniami, połączeniem, energią i namiętnością.

Czemu zajmuję się tak kontrowersyjną dla naszego społeczeństwa przestrzenią ? Bo doświadczyłam jak wielką siłę niesie akceptacja naszej seksualności. Mnie masaże Tantryczne pozwoliły uwolnić się od ciężaru związanego z gwałtem, który przeżyłam mając 14 lat, odrzuceniem przez obu ojców, strachem przed matką, wyleczyły nienawiść, jaką miałam do siebie, która sprawiała, że jako 18 latka eksplorowałam siebie w roli prostytutki, masażystki erotycznej i dziewczyny upijającej się do nieprzytomności, by budzić się w przypadkowych objęciach. One ukoiły cały ten ból i pozwoliły zaakceptować, że to właśnie piękna część mojej przeszłości, która doprowadziła mnie właśnie w to miejsce, w którym teraz jestem.

Czeluści naszego serca mają wiele ran, które uzdrawiać można różnymi technikami. Pojawili się więc też Krzysztof Szabat i Takashi Yoshizawa ich wielowymiarowość i beztroska w tak dogłębnym zrozumieniu natury świata, są wprost magicznymi nauczycielami technik Tajskich ze szkoły Ajahna Pichesta Boonthumme przekazu zachowanego od doktora Jivaka Komarabhacca. Tu masaż/ sesja/ treatment jest czystą formą medytacji. Gdzieś pomiędzy jest też taniec, w którym to wspólne nasłuchiwanie siebie wzajemnie dla radości robienia kroczków analogiczne jest bardzo do spotkania w trakcie sesji. Nauczycieli tańca chyba nie zdołam wymienić, każdy nieustannie przyczynia się do mojego rozwoju i rozumienia czym jest obecność dla relacji z drugim człowiekiem.

Pokłon złożyć jeszcze chcę Greggowi, który nieustannie uczy mnie, że miłość między ludźmi po prostu może być i nie znaczy to wcale, że trzeba coś w związku z tym czynić. Mateuszowi, którego traumy wykrojone są z dokładnie spasowanej do moich formy, który to nieustannie buduje bezpieczną przestrzeń by mogły się razem spotykać i rozbrajać. Agnieszce, której miłość jest dla mnie pewniejsza niż wszystko inne w tym świecie. I Pani Irenie Zabrockiej mojej nauczycielce rzeźby z czasów licealnych wszak ciało człowieka z gliny ulepione zostało i duch w niego tchnięty, myślę, że jej lekcje miały olbrzymi wpływ na lekkość, z jaką w tym momencie obcuję z ludzkim ciałem.
To Ci dla mojego serca najważniejsi na drodze spotkań z ciałem. Wierzcie lub nie, ale wszystkie te doświadczenia i wszyscy Ci nauczyciele mają wpływ na to, jakim terapeutom jestem. Jak duża jest przestrzeń mojej wrażliwości, jak szeroki jest obszar, którego nasłuchuję.

Czasem zazdroszczę tym, których charakterem jest zgłębianie tylko jednej przestrzeni, zaraz potem jednak przychodzi radość z tej charakterystycznej dla mnie eksploracji wszystkich składowych i obserwacji jak zazębiają się ze sobą i wpływają na siebie.

Wdzięczna jestem wszystkim za drogę i nie mogę doczekać się tych następnych, tych co czyhają już za rogiem.